9.11.18

39. Zespół Münchhausena

39. Zespół Münchhausena


Nadeszła jesień. Pora roku,którą jedni lubią bardziej, inni mniej. Bez względu na sympatię czy jej brak jesień kojarzy nam się z okresem szczególnego ryzyka zachorowania. Deszcz,niska temperatura i w ten oto sposób łatwo o przeziębienie. Dlatego próbujemy się przed tym ochronić - dbamy o cieplejszy ubiór, łykamy profilaktycznie witaminy itd. Bo nikt przecież nie chce na własne życzenie zachorować. Choroba wiąże się z gorszym samopoczuciem, wizytą u lekarza,lekami. Nic przyjemnego. Na pewno częściej zdarza się,że bagatelizujemy objawy, trochę udajemy sami przed sobą,że nic się nie dzieje niż prowokujemy chorobę czy udajemy objawy,żeby częściej odwiedzać lekarza, wykonywać więcej badań niż rzeczywiście potrzeba. Większość ludzi za wszelką cenę unika pobytów w szpitalu, nieprzyjemnych badań czy wręcz operacji i innych zabiegów. To jest ostateczność i decydujemy się na to,kiedy jest konieczne. Normalna i oczywista rzecz. Jednakże istnieje zaburzenie, które powoduje,że człowiek chce chorować, że to chorowanie daje mu pewnego rodzaju satysfakcję.

Zespół Munchhausena - zaburzenie polegające na chęci wejście w rolę chorego. A co za tym idzie, przyjęcie wszystkiego tego,czego zazwyczaj staramy się uniknąć - leczenie, hospitalizacji, zabiegów operacyjnych. Osoby z zespołem Munchhausena mają dużą wiedzę medyczną,czytają literaturę fachową, wiedzą jakie objawy występują przy danej chorobie. Dlatego aby osiągnąć swój cel osoba z owym zaburzeniem wywołuje u siebie dane objawy, próbuje fałszować wynik badania, leczenie farmakologiczne uważa za nieskuteczne. Dzięki temu udaje im się osiągnąć pobyt w szpitalu czy nawet operację,która nie byłaby konieczna. Dzieje się tak,dlatego,że w dużej większości jeśli człowiek mówi lekarzowi,że coś go boli, to tak jest naprawdę. Lekarz stara się temu zaradzić,bo wierzy w zgłaszane objawy, nie ma możliwości jednoznacznie sprawdzić czy dany ból jest prawdziwy i raczej też żaden lekarz za wszelką cenę,nie próbuje udowadniać,że tego bólu nie ma. Zmyślone objawy same w sobie mogą być jedynie symulacją, ludzie robią to i bez zaburzenia w celu osiągnięcia określonego celu jak np. uzyskanie zwolnienie czy odszkodowania. Różnica jest taka,że przy symulacji,dana osoba udaje objaw,którego nie ma. Natomiast osoby z zespołem Munchhausena. potrafią te objawy wywołać,  - połknąć ostry przedmiot,żeby wywołać niedrożność jelit i zapewnić sobie operację, uszkodzić sobie skórę, wywołać krwawienie itp. 

Każdy jednak decyduje o sobie, jeśli ktoś pod wpływem zaburzenia sam sobie robi krzywdę to można rzecz - pół biedy. Gorzej sprawa wygląda, kiedy dana osoba pod wpływem zaburzenia wyrządza krzywdę komuś innemu. A tak dzieje się w przypadku zespołu Munchhausena przeniesionego. Motyw często wykorzystywany w serialach, głównie o tematyce medycznej. Do szpitala trafia matka z (zazwyczaj) małym dzieckiem, opowiada o poważnych objawach, dziecko zostaje poddane mniej lub bardziej poważnym czynnościom medycznym. Wyniki badań wychodzą prawidłowe, jednak matka nie cieszy się z tego, jest wręcz zawiedziona. Niedługo po tym stan dziecka się pogarsza i okazuje się,że matka świadomie podała dziecku specyfik,który mu rzeczywiście zaszkodził i wywołał objawy choroby. I rzeczywiście tak to mniej więcej wygląda. Bo osoby z zespołem Muchhausena zastępczym to w dużej większości matki, rzadziej ojcowie. Dziecko im mniejsze tym lepsze - mniejsza szansa na wykrycie nieprawdziwych objawów przy wywiadzie. 

W jednym i drugim przypadku zespołu Munchhausena celem jest osiągnięcie zwrócenia na siebie uwagi, współczucia czy uznania. Trudno jest podać jednoznaczną przyczynę syndromu. Do tej pory podejrzewa się,że ma on związek z niezaspokojonymi potrzebami w przeszłości, tendencjami do masochizmu czy obsesji oraz psychopatią. 

Jeszcze trudniej jest zdiagnozować owy syndrom czy tym bardziej pomóc osobie cierpiącej na niego. O ile przy podejrzeniu zespołu Munchhausena zastępczego można podjąć kroki prawne w związku z narażaniem dziecka na niebezpieczeństwo o tyle w podstawowej formie niewiele można zrobić. Terapię można przeprowadzić generalnie tych wtedy,gdy ktoś sam uświadomi sobie problem płynący z zaburzenia i uda się po pomoc. Tak jednak rzadko się dzieje. Jeśli lekarze podejrzewają,że objawy nie są prawdziwe i/lub odmawiają wykonania pożądanych czynności medycznych to taki pacjent po prostu zmienia lekarza, często w dużej odległości od poprzedniego i sprawa zaczyna się od początku.

Słyszeliście już wcześniej o zespole Munchhausena?
A może ktoś miał okazję poznać osobę z tym zaburzeniem?

29.9.18

38. Klaps to (też!) PRZEMOC.

38. Klaps to (też!) PRZEMOC.


Jednym z ważnych praw człowieka jest nietykalność cielesna. Dzięki temu nikt nie może nas uderzyć. A jeśli to zrobi to narusza naszą nietykalność i może ponieść konsekwencje prawne. Chyba dla każdego z nas wydaje się to oczywiste i nie trzeba tego specjalnie tłumaczyć. Jednak kwestia nietykalność cielesnej nie jest tak oczywista jak mogłoby się wydawać. Bo wszyscy wiemy,że nie można w żaden sposób uderzyć drugiego człowieka, że nikt nie ma prawa uderzyć nas. Ale ta oczywistość jest tylko w przypadku ludzi dorosłych. Inaczej to już wygląda w przypadku dzieci. Uderzenie człowieka dorosłego jest naruszeniem jego nietykalności natomiast uderzenie dziecka może być formą wychowania. O ile jakieś cięższe pobicie z użyciem narzędzia typu pasek czy kabel traci poparcie o tyle taki "niewinny" klaps nadal ma wielu swoich zwolenników. W Polsce jest to mniej więcej ponad 50%. Ludzie uważają i twierdzą,że klaps to nie bicie. Ale tylko w przypadku dzieci to nie jest bicie. Bo dorosłemu człowiekowi przecież takiego klapsa nie można dać.

Można upierać się przy swoim i zaprzeczać faktom, szukać usprawiedliwień. Ale to nie zmienia tych faktów. KLAPS JEST BICIEM. I ma negatywny wpływ na rozwój dziecka. Tak uważa współczesna pedagogika i psychologia i to potwierdzają badania z ich zakresu. Tak też uważa prawo,które zakazuje jakiejkolwiek formy kar fizycznych wobec dzieci,również klapsów (od 2010 roku to prawo obowiązuje w Polsce.

Zwolennicy klapsów przede wszystkim uważają,że kiedyś stosowało się takie metody wychowawcze i dzieci powyrastały na dobrych ludzi, czego nawet oni sami są niekiedy przykładem. Tylko czy wszystko co było kiedyś było dobre? Świat się rozwija, rozwijają się ludzie i nauka. Z perspektywy czasu coś,co kiedyś wydawało się dobre obecnie okazuje się błędne. W wielu dziedzinach życia możemy zauważyć tego przykłady. Jeśli chodzi o przyzwolenie na przemoc to kiedyś była ono większe. Nie tylko względem dzieci. Bo kiedyś w hierarchii rodzinnej (a może i ogólnie,społecznej) najważniejszy był mężczyzna. On uznawany był za "pana i władcę". Niżej stała kobieta,uważana za gorszą. W ten sposób mężczyzna mógł bić kobietę,kiedy uznał,że jest ku temu powód, kiedy zrobiła coś źle. Czy to też było dobre? Oczywiście,że NIE! Z czasem to się zmieniło, obecnie przemoc wobec kobiet jest bardzo potępiana i na różne sposoby walczy się z tym zjawiskiem. Wracając do wspomnianej hierarchii najniżej znajdowało się w niej dziecko. Przez długie lata uznawano,że może być ono bite przez rodziców. Jednak z czasem udowodniono,że ani to nie jest skuteczne ani tym bardziej dobre. I w przypadku dzieci też na przestrzeni lat uznano ich prawa. Jednak nie do końca,bo pozostały te wspomniane klapsy, czyli jakaś forma uderzenia.

Niektórzy twierdzą,że klaps jest wręcz wyrazem miłości,ostateczną formą nauki czegoś. Ale to nieprawda. Uderzenie w jakiejkolwiek formie nie ma nic wspólnego z miłością i dobrem. To tylko usprawiedliwienie bezsilności i słabości rodzica. Klaps nie uczy niczego innego oprócz strachu. Uderzone dziecko nie zrobi czegoś,bo się będzie bało a nie dlatego,że nauczy się,że to jest złe,nieodpowiednie itd. Nauka zasad i wartości oparta na strachu jest bezsensowna. A jeśli ktoś uważa,że jest inaczej,to czemu tego "cudownego" schematu nie stosujemy wśród dorosłych. Dlaczego szef nie może uderzyć pracownika za źle wykonaną pracę? Nie mocno,tak tylko,żeby pracownik poczuł,że zrobił źle. Wówczas jest to naruszenie nietykalności cielesnej,jest złe. Ale nawet pomijając już kwestię bicia. Skoro strach tak "dobrze" uczy i motywuje to dlaczego wykorzystywany przez przełożonego w pracy jest uznawany za mobbing? Podaje przykłady z miejsca pracy,bo działa tam podobny schemat. Rodzic ma pewną władzę nad dzieckiem i może ją wykorzystać albo dobrze albo źle. Jeśli wykorzysta nieodpowiednio to może je skrzywdzić. W świecie dorosłych jakiś rodzaj władzy ma przełożony nad pracownikiem. Ale ta władza ma granice i nie może ona naruszać praw danego pracownika jako człowieka. No właśnie CZŁOWIEKA. A jest nim i dorosły i dziecko. Jeśli uznajemy,że nie można dorosłego uderzyć w żaden sposób to i dzieci również powinno to dotyczyć.

Piszę ten tekst,żeby tylko (lub aż)  zachęcić do przemyślenia sprawy. Bo jeśli ktoś się uprze i na siłę będzie chciał pozostać przy swoim to żadne argumenty do niego nie trafią,bez względu na to jak długi byłby mój tekst i jak wiele informacji bym w nim zawarł. Jeśli jednak ktoś zechce zainteresować się tym tematem z innej strony niż do tej pory to ten tekst wystarczy. Taka osoba bez problemu znajdzie w internecie wartościowe informacje - opinie specjalistów, wyniki badań. Dowie się,że nawet te "niewinne" klapsy mają negatywny wpływ na rozwój dziecka i budowanie relacji między nim a rodzicem, że wpływają na samoocenę,że nawet klaps uczy stosowania przemocy i ten schemat może być przez dziecko powielany.

19.8.18

37. Komunikacja interpersonalna

37. Komunikacja interpersonalna


Człowiek aby żyć zgodnie ze swoją naturą powinien przebywać wśród innych ludzi. Samotność jest w dużej większości przypadków stanem nieprzyjemnym i sprawia cierpienie (więcej o samotności - KLIK!). Jedną z największych wad samotności jest to,że "nie ma do kogo otworzyć ust". A każdy potrzebuje tego,żeby wyrażać swoje potrzeby,oczekiwania, dzielić się swoimi radościami i smutkami. Więc aby nie być samotnym należy tworzyć relacje z innymi ludźmi. Do tego potrzebna jest nam komunikacja, czyli wymiana informacji między minimum dwoma osobami - nadawcą i odbiorcą. Nadawca nadaje komunikat w celu przekazania informacji odbiorcy, którego zadaniem jest odebrać ten komunikat. Tak działa skuteczna komunikacja i choć może wydaje się to oczywiste,że tak powinno to działać to jednak warto zaznaczyć,że niestety nie zawsze tak jest i to często prowadzi do nieporozumień, których efektem są rozpady relacji - np. związku. Ludzie często rozstają się, ponieważ "nie potrafili się dogadać". To właśnie nieskuteczna komunikacja jest tego przyczyną.

Komunikacja interpersonalna dzieli się na dwa rodzaje. Pierwszym z nich jest komunikacja werbalna, czyli ten rodzaj, który najbardziej kojarzy się nam ze słowem "komunikacja". Zwłaszcza komunikacja ustna - czyli po prostu rozmowa,przemówienie; przekazanie informacji drugiemu człowiekowi/innym ludziom przy pomocy słowa. Drugim typem komunikacji werbalnej jest komunikacja pisemna - czyli listy,notatki oraz w przypadku współczesnych czasów ich odpowiedniki online - e-mail, sms, wiadomość na komunikatorze. Również post,który właśnie czytasz może być przykładem tego typu komunikacji.

Drugim rodzajem komunikacji interpersonalnej jest komunikacja niewerbalna, czyli przekazanie komunikatu nie przy pomocy słów ale "mowy ciała". Komunikacja niewerbalna uzupełnia i wzbogaca werbalną. W odwrotną stronę myślę,że nie mogłoby to działać. Bo gdyby tak coś pokazywać i ewentualnie wplatać słowa to prędzej była by to gra w kalambury niż efektywna komunikacja. Jednym z elementów komunikacji niewerbalnej jest nasza mimika - ruchy mięśni twarzy i oczu,dzięki którym możemy wyrazić emocje takie jak np. szczęście,smutek, strach czy gniew. Oprócz użycia twarzy i oczu możemy również przekazać komunikaty przy pomocy gestów i ruchów ( pantomimika). Czego przykładem jest gestykulowanie podczas rozmowy, zaciskanie dłoni w pięść czy ruchy głową uzupełniające nasze TAK lub NIE. Kolejnym elementem komunikacji niewerbalnej jest intonacja głosu - można mówić spokojnie lub nerwowo , głośno lub cicho,w zależności od sytuacji i rodzaju przekazywanego komunikatu. Duże znaczenie w komunikacji niewerbalnej ma również kontakt wzrokowy i odległość od rozmówcy. Im bliższą więź czujemy z rozmówcą tym odległość od niego będzie mniejsza. Natomiast jeśli kogoś nie lubimy lub boimy się tej osoby to automatycznie będziemy starali się zachowywać jak największy dystans.

Tak mniej więcej wygląda kwestia komunikacji od strony teoretycznej, w wersji trochę skróconej, żeby każdy mógł dowiedzieć się najistotniejszych informacji.

Na koniec jeszcze kilka informacji bardziej praktycznych, trzy podstawowe rady - co robić,żeby nasza komunikacja była udana :


  1. JASNY KOMUNIKAT - Zarówno komunikacja werbalna jak i niewerbalna są ważne. Ale warto używać przede wszystkim tej werbalnej, niewerbalna może ją uzupełniać. Przewaga form komunikacji niewerbalnej może utrudnić odbiór komunikatu Tu warto wspomnieć jako przykład o schemacie często przypisywanemu kobietom - czyli tzw. "foch" czy inny gest i na pytanie o przyczynę tego odpowiedź - domyśl się! Jeżeli chcemy się z kimś skutecznie porozumieć to musimy postarać się jak najlepiej przekazać komunikat, nie robić tego w taki sposób,żeby ktoś się musiał domyślać. 
  2. AKTYWNE SŁUCHANIE - czyli zainteresowanie i skupienie się na tym, co dana osoba chce nam przekazać. Warto na ten czas zrezygnować z innej czynności, utrzymać kontakt wzrokowy z rozmówcą, zadawać pytania dodatkowe, ale nie przerywać rozmówcy bez powodu i co jakiś czas potakiwać na znak,że słuchamy i przyjmujemy komunikat.
  3. KONSTRUKTYWNA INFORMACJA ZWROTNA - Kiedy nasz rozmówca skończy przekazywanie informacji, my przyjmiemy ten komunikat, przychodzi czas na informację zwrotną , dzięki której wyrażamy nasze zdanie i potwierdzamy,że albo zrozumieliśmy to,co ktoś chciał nam przekazać albo nie zrozumieliśmy lub nie zrozumieliśmy w pełni i dajemy okazję doprecyzować komunikat nadawcy. Ważne by nie stosować w informacji zwrotnej technik blokujących jak np. zmiana tematu. 

Czy często zdarzają Ci się problemy z komunikacją interpersonalną? 

Z czego Twoim zdaniem one wynikają?

27.6.18

36. Warunkowanie klasyczne.

36. Warunkowanie klasyczne.


Człowiek rodzi się automatycznie z pewnymi umiejętnościami. Takimi które posiada z chwilą narodzin i które uaktywniają się przez pobudzenie odpowiednich receptorów, zakończeń nerwowych itp. Nerwy wywołują odruch przed powiadomieniem mózgu. Tymi umiejętnościami są np. odruch wymiotny czy odruch akomodacji oka. Zestaw takich umiejętności określa się mianem odruchów bezwarunkowych (wrodzonych).
Z biegiem czasu, człowiek rozwija się i na fundamencie odruchów wrodzonych (bezwarunkowych) kształtuje w sobie odruchy bardziej zaawansowane (nabyte) - odruch warunkowy. Powstają one na skutek analizy danego bodźca przez ośrodek kojarzenia w mózgowiu,przede wszystkim w pniu mózgu. 

Mam nadzieję,że brzmi to w miarę prosto i zrozumiale. Bo z całą pewnością nie są (i nie miały być) to definicje specjalistyczne. A żeby kwestia odruchów stała się jeszcze jaśniejsza, spróbujemy przyjrzeć im się przy pomocy pewnego,dość popularnego, eksperymentu. A mianowicie eksperymentu przeprowadzanego przez rosyjskiego fizjologa Iwana Pawłowa. 
Badał on fizjologię wydzielania śliny u psów poddanych temu eksperymentowi. Pojawienie się jedzenia wywoływało u nich wytwarzanie się śliny,co jest reakcją naturalną,gdyż w ten sposób organizm przygotowuje się do jedzenia a ślina pomaga rozdrobnić pokarm do lepiej przyswajalnej wielkości. Jednak zdarzyło się coś,co zaintrygowało Pawłowa a mianowicie - psy zaczęły ślinić się również w momencie gdy jedzenia nie było. Doszedł on do wniosku,że psy skojarzyły jakiś inny inny bodziec z jedzeniem. I zaczął owego bodźca szukać przy pomocy eksperymentu. Najpierw próbował uruchomić sam dzwonek i sprawdzić reakcję psów - jednak te nie śliniły się. Następnie po uruchomieniu dzwonka po kilku sekundach dawał psom jedzenie i psy znowu na skutek pojawiania się jedzenia zaczynały się ślinić. Pawłow powtarzał kilkukrotnie próby wg. schematu - dźwięk dzwonka i następnie podanie jedzenia. Po tych próbach uruchamiał sam dzwonek a psy na jego dźwięk zaczynały się ślinić. 

Odruchem bezwarunkowym było więc ślinienie się podczas działania bodźca bezwarunkowego jakim było jedzenie. Bodźcem warunkowym był dzwonek,który sam w sobie nie dawałby żadnej reakcji. Natomiast w skojarzeniu z bodźcem bezwarunkowym (jedzeniem) możliwe było wystąpienia odruchu warunkowego - ślinienia wywołanego samym dźwiękiem dzwonka.

Jednak warunkowanie klasyczne to nie tylko teoria i eksperymentalne przykłady,to zjawisko występujące także w naszym codziennym życiu. Jednym z przykładów bardziej nam znanych jest dzwonek w szkole. Najprościej - jeśli przerwa/zakończenie lekcji kojarzy się z odpoczynkiem czy wręcz wolnością,czym przyjemnym to poprzedzający ją dzwonek będzie wywoływał radość. Schemat jest powtarzany wielokrotnie w ciągu tygodnia/miesiąca itd. - przerwę poprzedza dzwonek. Często również zdarza nam się "mieć swoją piosenkę", która wywołuje w nas jakieś emocje. I odrzucamy tu kwestię wrażliwości na muzykę i jej wpływu na mózg.  Ale dana piosenka towarzyszy nam podczas jakiegoś ważnego wydarzenia lub poprzedza je. Na przykład jedzie sobie człowiek samochodem i słucha piosenki X i nagle dochodzi do zderzenia z innym pojazdem. Wypadek jest zagrożeniem,wywołuje strach,niepokój itp. Po tym wydarzeniu jest duża szansa,że gdy człowiek ten będzie siedział sobie nawet w bezpiecznym miejscu a usłyszy piosenkę X to odczuje te emocje,które czuł podczas wypadku.

Czy udało Ci się zrozumieć wpis? ;)
Dowiedziałeś/aś się dzięki niemu czegoś nowego?


18.5.18

35. Samotność

35. Samotność


Każdy człowiek ma swoje potrzeby,które świetnie zostały przedstawione na piramidzie Maslowa (TUTAJ). Aby prawidłowo funkcjonować te potrzeby muszą być zaspokajane. Z potrzebami fizjologicznymi możemy poradzić sobie sami - o tlen starać się szczególnie nie musimy,możemy sobie oddychać, jedzenie i picie możemy zdobyć sami, położyć się spać też damy radę sami, nawet potrzeby seksualne można samemu zaspokoić. Ale potem pojawiają się inne potrzeby. Takie, których sami sobie nie zaspokoimy. Potrzebny jest drugi człowiek/ inni ludzie. To dzięki nim możemy czuć się kochani, ważni, ktoś się nami zaopiekuje kiedy trzeba, przez innych możemy być darzeni szacunkiem i uznaniem. Ale w życiu tak bywa,że na jakimś jego etapie coś może uniemożliwić nam zaspokajanie potrzeb, do których potrzebny jest drugi człowiek. Może pojawić się taki stan wbrew ludzkiej naturze, kiedy to człowiek czuje się wykluczony i/lub odizolowany od innych. Nazywany samotnością.

Samotność może dotknąć każdego. Bez względu na wiek, płeć, status społeczny itp. Według badań z każdym rokiem osób samotnych przybywa. Samotność może wynikać z wyboru - jak na przykład w przypadku osób wstępujących do niektórych rodzajów zakonów. Może wynikać z jakiegoś przewinienia, za które człowiek zostaje ukarany odizolowaniem od społeczeństwa i trafia do więzienia. Ale w tych przypadkach to mniej lub bardziej świadome i dobrowolne decyzje - wstępując do zakonu człowiek kieruje się swoimi wartościami, robi to z własnego wyboru. Jeśli ktoś trafia do więzienia również wynika to z jego wyborów i jest konsekwencją tych wyborów. Jednak najczęściej mówiąc o samotności mówimy o sytuacji kiedy dana osoba ani nie zrobiła nic złego ani w żaden inny sposób sama sobie tej samotności nie wybrała. Tak jak w przypadku dziecka porzuconego przez rodziców. Ono nie zrobiło nic złego,nie dokonało samo takiego wyboru ale zostało przez kogoś odrzucone i odtrącone. Ale to odtrącenie może też działać w drugą stronę - rodzic poświęca swoje życie dziecku, wychowuje,dba i troszczy się a kiedy sam potrzebuje opieki czy choćby towarzystwa to okazuje się w życiu dzieci brakuje miejsca na niego. Jeszcze gorzej jeśli taka osoba z racji wieku jest schorowana czy niepełnosprawna. Wówczas jej wyjście do ludzi jest szczególnie utrudnione.

Jednak to nie do końca też tak,że samotność pojawia się tylko tam,gdzie brakuje drugiego człowieka. Można mieć teoretycznie przy sobie kogoś a mimo to czuć się samotnym. Może to nawet gorszy rodzaj samotności.. Bo w takim przypadku człowiek żyje iluzją. Tak się dzieje w związkach, często długoletnich, kiedy do związku wkrada się kryzysy,rutyna, nierozwiązane problemy. Dwoje ludzie żyje razem a jednak tak naprawdę osobno. Często żyją nadzieją,że to tylko etap przejściowy. Jednak poczucie samotności z czasem nie przemija a jedynie się pogłębia.
Można żyć w tłumie ludzie  lecz samemu także z powodu własnych ograniczeń wewnętrznych. I mimo,że to nasze wewnętrzne ograniczenia to jednak nie jest to jednoznaczne ze świadomym wyborem. Człowiek, który nie akceptuje siebie, ma zaniżoną samoocenę izoluje się od innych,bo boi się odrzucenia. Boi się,że inni również nie zaakceptują go tak,jak sam siebie nie akceptuje. Wynika to niejednokrotnie ze wcześniejszych porażek w relacjach z drugim człowiekiem. Ktoś został źle potraktowany, poniżony,odtrącony (nawet bez większego,konkretnego powodu), zamknął się w sobie i czuje,że życie w samotności będzie bezpieczniejsze. Nie lepsze,bo w głębi serca potrzebuje drugiego człowieka,chce tego, ale woli postawić na rozsądek,który podpowiada,że wycofanie się uchroni od kolejnych zawodów i zranień.

Samotność jest trudna i bolesna, potrafi niszczyć człowieka i pod względem fizycznym i psychicznym. Zwłaszcza długotrwała samotność która wiąże się z podwyższonym hormonem stresu - kortyzolem, który z kolei prowadzi do problemów układu krążenia i układu odpornościowego. Dodatkowo samotność wywołuje problemy ze snem i ogólne napięcie oraz rozdrażnienie psychiczne. Ludzie samotni chorują na depresję i inne zaburzenia psychiczne,efektem czego może być nawet popełnienie samobójstwa. Ale samotność nie jest sytuacją bez wyjścia. Z nią można walczyć i wręcz warto walczyć. Jednak ważne by to było dobre i wartościowe wyjście. A takie zazwyczaj wiąże się z dodatkową trudnością, wymaga czasu i samozaparcia. Konkretne działania zależą od konkretnego rodzaju samotności, konkretnej sytuacji danego człowieka, przyczyn jego samotności i możliwości przezwyciężenia jej. Dlatego ciężko o stworzenie uniwersalnego poradnia - jak ją pokonać. Warto jednak zacząć od zadania sobie podstawowych  pytań - czy ja CHCĘ tą samotność pokonać? A jeśli chcę - to czy coś ROBIĘ w tym kierunku by osiągnąć swój cel? Jeśli natomiast chcę ale nic nie robię to DLACZEGO nie robię? Człowiek może się do samotności przyzwyczaić i aby się z nią pożegnać potrzebuje rewolucji w swoim życiu,momentu przełomowego. A jeśli mówimy o działaniach w kierunku pokonywania samotności warto zwrócić uwagę jakie to są działania, czy one bardziej pomagają nam,przybliżają do celu czy szkodzą i oddalają. Samotny człowiek jest szczególnie narażony na pułapki, które sprawiają wrażenie rozwiązania jego problemu. Tak się dzieje w przypadku UZALEŻNIEŃ, kiedy to mają one zagłuszyć ból samotności, zapełnić tą pustkę. Łatwo też wpaść wówczas w sidła SEKT , które oferują wsparcie i zrozumienie, ale niestety to tylko iluzja. To są łatwe rozwiązania, dlatego często wybierane przez ludzi osłabionych samotnością. Ale łatwa droga rzadko prowadzi do rozwiązania problemów. Dlatego lepiej poczekać, zebrać trochę sił i wybrać drogę trudniejszą ale prowadzącą do celu, prowadzącą do realnych zmian w życiu.

Warto pamiętać,że samotność może mieć i dobre strony. Człowiek często nawet jej potrzebuje. Ile to razy długi,samotny spacer pomaga nam poukładać sobie pewne sprawy w głowie, pomóc w zrozumieniu siebie czy nawet odpocząć od innych. Podobnie może działać samotność dłuższa niż na czas spaceru. Jeśli nasze życie ułoży się tak,że pojawi się ona w nim to niekoniecznie musimy zaczynać od walki. Warto ją najpierw poznać a dopiero potem walczyć. Krótkotrwała samotność może człowieka nauczyć czegoś nowego, pomóc w zdobyciu nowych doświadczeń.

Być może w Twoim otoczeniu jest osoba samotna. Dla której poświęcenie choć odrobiny Twojego czasu będzie na wagę złota. Warto zatrzymać się na chwilę w tym naszym biegu przez życie i zauważyć taką osobę. Czasem naprawdę niewiele trzeba by czyjeś życie stało się lepsze. Natomiast jeśli sam/a czujesz się samotny/a i chcesz podzielić się tym, co czujesz, poznać zdanie innych, może nawet wspólnie znaleźć rozwiązanie problemu to zapraszam Cię do grupy na facebooku, która tym właśnie się zajmuje - KLIK!

18.4.18

34. Syndromy podróżnicze.

34. Syndromy podróżnicze.


Za oknem zaczyna świecić słońce, zbliża się okres urlopowy. Wiele osób ma już od dawna zaplanowane wakacje, inni dopiero je planują. Podróże kształcą, rozwijają i są po prostu źródłem przyjemności. Lubimy poznawać nowe miejsca, podziwiać ich urok i zmieniać na jakiś czas swoje miejsce przebywania. Myśląc o podróżach mamy raczej same pozytywne skojarzenia. No chyba,że chodzi o osoby zmagające się z chorobą lokomocyjną. Wówczas dochodzi jakiś dyskomfort. Czy podróże to tylko same pozytywy? Czy podróże mogą szkodzić? Szkodzić oczywiście bardziej niż choroba lokomocyjna ;)

Mogą. Są takie miejsca, gdzie pewna grupa ludzi może otrzymać nieprzyjemną niespodziankę w postaci mniej lub bardziej poważnych objawów. I warto zwrócić uwagę na to,że jest to właśnie niespodzianka. Wyjeżdża sobie osoba X w pewne miejsce, cieszy się,że je wreszcie odwiedzi, przeżyje niezapomniane chwile. A jedyną pamiątką jaką przywozi z (często przyspieszonej) podróży to zaburzenie psychiczne, wymagające pomocy psychiatry. Osoba,będąca często w pełni zdrowa, której przed wyjazdem nawet przez myśl by nie przeszło,że w niedługiej przyszłości będzie musiała odwiedzić psychiatrę. Brzmi to wszystko trochę nierealnie, może jakby było wyolbrzymione. Ale jest realne i każdego roku się dzieje. Gdzie dokładnie?

Oto to te miejsca:

Pierwsze z nich znajduje się całkiem niedaleko - we Francji. I jest nim stolica tego kraju - Paryż. Kojarzony niezwykle miło,bo z miastem z zakochanych. Ileż to pięknych,romantycznych filmów zostało nagranych w tymże mieście.. Po obejrzeniu których sami chcielibyśmy przeżyć tam przygodę swojego życia, przejść się tymi uliczkami, podziwiać piękno architektury. I pewnego dnia człowiek kupuje bilet, pełen ekscytacji dociera na miejsce i... BUM! Przeżywa rozczarowanie. Okazuje się,że nie tego oczekiwał, że nie jest tak pięknie jak w telewizji. Rozczarowanie to akurat najmniejszy problem jaki może nas spotkać w stolicy Francji. Ale narażeni jesteśmy wszyscy, bez względu na to, skąd pochodzimy. A pochodzenie ma tu duże znaczenie. Bo jest jedna narodowość, która szczególnie narażona jest na negatywne działanie Paryża. Są tu japońscy turyści. Oprócz wspomnianego wcześniej rozczarowania w ich przypadku dochodzi także zmiana czasu i poczucie zagubienia w obcym mieście. Efektem działania tych czynników są : zawroty głowy, przyspieszony oddech, kołatanie serca, stany depresyjne a nawet halucynacje. Te wszystkie negatywne objawy i rozczarowania określamy mianem syndromu paryskiego. Rocznie dotyka on w postaci ciężkiej ok. 20 osób, narodowości japońskiej, najczęściej kobiety. Może wydawać się,że 20 osób na rok to naprawdę niewiele. Jednak i taka ilość wystarczyła,żeby ambasada japońska uruchomiła całodobowy numer wsparcia dla swoich turystów.

Idziemy dalej. Ale pozostajemy nadal w Europie. Włochy a konkretnie Florencja. Miasto sztuki i zabytków. Idealne dla wrażliwych miłośników renesansowych dzieł. No może pozornie idealne dla tej grupy ludzi. Bo syndrom florencki (zwany też syndromem Stendhala) dopada właśnie osoby wrażliwe, często z wcześniej zdiagnozowanymi zaburzeniami psychicznymi. To głównie turyści w wieku ok. 25-40 lat, rzadko podróżujący, nieco wycofani. Podróż do Florencji jest dla nich skokiem na głęboką wodę. Taki skok zaliczył w 1817 roku pisarz Stendhal, który podczas swojej podróży odczuwał, że piękno atakuje go z każdego kąta. Doznania były tak silne,że musiał spędzić kilka dni w łóżku z gorączką. A kiedy próbował znowu wyjść na ulice miasta negatywne objawy powracały. Piękno sztuki i jego nadmiar mogą wywołać zaburzenia pracy serca i oddechu, lęki, zagubienie czy nawet psychozy i halucynacje. Takie stany nie są obecnie już zaskoczeniem dla personelu szpitala we Florencji. Każdego roku spotykają się oni z osobami doświadczającymi syndromu florenckiego, są przygotowani i w szczególnie ciężkich przypadkach podają turystom leki przeciwdepresyjne. Graziella Magherini, psychiatra, która nadała nazwę syndromowi, sugerowała nawet by przy dziełach szczególnie negatywnie działających na wrażliwych miłośników sztuki umieszczać kartki - GROŹNE DLA ZDROWIA.
Być może jednak to nie do końca tak,że sztuka sama w sobie może być groźna dla zdrowia. Według specjalistów sztuka może odblokowywać traumatyczne przeżycia,przez lata wyparte i tłumione. Tak więc groźne może być to niespodziewane ich uwolnienie a nie sztuka.
Mniej szkodliwym,lecz również dość zaskakującym jest działanie sztuki w postaci syndromu Rubensa. Objawia się on wywołaniem nagłej i niepohamowanej potrzeby zaspokojenia seksualnego. Potrzeba jest na tyle silna,że według badań ulega jej ok. 20% turystów. W muzeum.

Kolejne miejsce znajduje się poza Europą. Izrael i jego największe miasto, będące jednocześnie stolicą tego państwa - Jerozolima. Miejsce odgrywające ważną rolę dla trzech dużych religii - chrześcijaństwa, judaizmu oraz islamu (a także wielu mniejszych). Turyści z całego świata odwiedzają Jerozolimę w celach religijnych. To właśnie z wiarą związana jest kolejna przypadłość dotykająca odwiedzających stolicę Jerozolimy - syndrom Jerozolimski. Polega on na utożsamianiu się z postaciami biblijnymi. W przypadku chrześcijan najczęściej poczuwają się oni postaciami z Nowego Testamentu. Mężczyźni czują się Jezusem lub jednym z apostołów, kobiety natomiast Matką Boską. Żydzi z kolei poczuwają się postaciami ze Starego Testamentu np. Mojżeszem. Osoby te najpierw odczuwają wewnętrzny niepokój, odłączają się od grupy, zaczynają gorliwie się modlić a nawet wychodzą na ulice nawracać i głosić kazania. Jeden z psychiatrów jerozolimskiej kliniki podaje jako przykład historię niemieckiego turysty. Został on znaleziony przez policję nagi na pustyni. Jak się okazało wyszedł chrzcić ludzi, gdyż czuł się Janem Chrzcicielem. Występowanie syndromu jerozolimskiego jest jeszcze większe niż w przypadku wcześniej przedstawionych - rocznie dotyka on ok. 100 osób w ciężkiej postaci. Szczególnie narażone są osoby z małego miasta,wychowane w religijnej rodzinie, wiek ok 30-40 lat, częściej mężczyźni.
Podróż do Jerozolimy podobnie jak w przypadku Paryża może też wiązać z rozczarowaniem. Realia tego miejsca mogą poważnie odbiegać od ludzkich wyobrażeń. Zamiast modlitewnego klimatu bardziej można odczuć klimat konfliktów na tle religijnym, patrole policji i wojska, hałas i zamieszanie.

Ostatnie z naszych miejsc również położone jest Azji. Jedno z największych państw świata (zajmujące 7 miejsce) oraz najbardziej zaludnionych (miejsce 2).
Indie. Kraj dla wielu niezwykle fascynujący. Pełen piękna przyrodniczego, kulturowego i historycznego. Bogaty w doznania kulinarne i duchowe. Ale to także kraj,gdzie skrajna bieda i żebractwo jest na porządku dziennym, gdzie na ulicach panuje hałas. Hałas zarówno dosłownie w postaci głośnej muzyki jaki hałas wynikający z ruchu drogowego, który jest inny niż w europejskich krajach. W Indiach panuje także harmonia między ludźmi a zwierzętami. I nie są to psy czy koty, do widoku których jesteśmy przyzwyczajeni. A z każdej strony jesteśmy atakowani różnorodnością smaków,zapachów i kolorów. To wszystko może mieć negatywny wpływ na psychikę człowieka, który postanowił odwiedzić Indie. Szczególnie narażone są osoby chorujące na depresję, którym całkowicie odradza się taką podróż. Około 2,5% turystów odwiedzających Indie dotyka ostra psychoza. Natomiast co dziesiąta osoba odczuwa przynajmniej jeden z objawów syndromu indyjskiego takich jak np. - skrajne zmęczenie, bezsenność, załamanie nastroju i problemy z koncentracja, zawroty głowy, niepokój czy lęk itp. Dodatkowo wpływ na psychikę mają także leki przeciw malarii, przyjmowane przed podróżą do Indii.

Na ile poważny jest każdy z przedstawionych syndromów zależy od stopnia w jakim wystąpi. A to już ciężko jest przewidzieć. Bo samo wystąpienie negatywnych objawów jest sporym zaskoczeniem. W niektórych przypadkach wystarczy sam wyjazd z danego miejsca i wszystkie objawy same stopniowo ustępują. Niekiedy jednak sam wyjazd nie wystarcza i w celu pozbycia się zaburzeń konieczna jest wizyta u specjalisty i dłuższa terapia. 





11.3.18

33. Syndrom Piotrusia Pana

33. Syndrom Piotrusia Pana


Stabilny i szczęśliwy związek to ciężka praca. Nie ma na niego uniwersalnego przepisu, bo jak różni są ludzi tak i różne są związki przez nich tworzone. Ale jest kilka fundamentów takiego związku, podstaw, bez których żadne inne działania nie będą skuteczne. Jednym z takich podstawowych czynników budujących poważny związek jest dojrzałość. Sprawa dość oczywista i naturalna. Im człowiek starszy tym jego zdolność do budowania dojrzałego związku jest większa. Inaczej wyglądać będzie związek 15-letniej młodzieży a inaczej 30 - latków. Inne wartości,inne cele, inny etap w życiu. Jednak niekoniecznie dojrzałość musi iść w parze z wiekiem. Doskonałym tego przykładem są liczne posty na forach, gdzie kobiety opisują swoje problemy w związku,których przyczyną jest brak dojrzałości partnera. Brak dojrzałości może oczywiście objawiać się i u mężczyzn i u kobiet. Ale jednak częściej ten problem występuje u panów. Przynajmniej częściej to kobiety o tym mówią, zwłaszcza będąc już na skraju wytrzymania i rozważając rozstanie,bo nie widzą innego rozwiązania.

Schemat w dużej większości przypadków jest taki sam. Kobieta poznaje mężczyznę, coś zaiskrzy, zaczynają tworzyć związek. Na początku jest pięknie i kolorowo, po prostu sielanka. Akurat to jeszcze nic szczególnego, bo zazwyczaj na początku związku jest pięknie, emocje i ich odczuwanie są szczególnie intensywne, wiele spraw idealizujemy. Związek dwojga ludzi rozwija się, biorą ślub, tworzą rodzinę. Zaczyna ubywać przyjemności i wolności a przybywać obowiązków i problemów. Dla dojrzałego człowieka to normalny etap w życiu, który nie jest czymś szczególnie wyjątkowym. Natomiast dla osoby niedojrzałej jest to coś nie do przyjęcia i moment,żeby wycofać się z tej sytuacji. Zaczynają się późniejsze powroty z pracy, częstsze wyjścia z kolegami na piwo i wiele innych "ważniejszych" spraw od rodziny. Na dodatek jeśli jeszcze ta bezradna kobieta za dużo narzeka na tą sytuację to spora szansa, że niedojrzały partner poczuje się nierozumiany i poszuka zrozumienia u innej kobiety. Może jednorazowo, może na dłużej. Ale tylko do czasu aż zacznie robić się poważnie.

Jak to możliwe,że ten idealny facet nagle zaczyna olewać rodzinę i szukać szczęścia poza nią?

Każdy z nas zna bajkę "Piotruś Pan".W skrócie - opowiada ona o chłopcu,który nigdy nie chciał dorosnąć. Ta niechęć do dojrzałości i unikania obowiązków nie jest jednak jedynie fikcją literacką. Amerykański psycholog Dan Kiley stwierdził,że cechy charakteryzujące Piotrusia Pana są dość powszechne. Unikanie dojrzałości nie jest jedynie bajką, to realny problem występujący u mężczyzn. Postawę tą określa się mianem syndromu Piotrusia Pana. To właśnie on jest odpowiedzią na pytanie wcześniej zadane.

"Piotruś Pan" lubi zabawę, miłe chwile, brak zobowiązań. W początkowej fazie związku zaspokajane są jego potrzeby. Kiedy związek rozwija się i wymaga zobowiązań oraz odpowiedzialności to "Piotruś Pan" po prostu jak dziecko buntuje się. I ucieka od obowiązków, które odbierają mu szczęście. Nieważna jest rodzina, nieważne są obowiązki z nią związane, ważna jest dobra zabawa i miło spędzony czas.

Z dojrzałością nikt się nie rodzi, uczymy się jej z czasem. Problem pojawia się w momencie, kiedy to młody chłopak nie ma się jej gdzie nauczyć. Bo pierwszą i najważniejszą szkołą dojrzałości jest dom rodzinny. Jeśli brakuje w nim ojca, który będzie wzorem męskości, odpowiedzialności i dojrzałości to ta nauka jest utrudniona i sytuacja ta zwiększa szansę na ukształtowanie się "Piotrusia Pana". Ta szansa zwiększa się również w przypadku nieprawidłowego wychowania przez rodziców - braku jasnych zasad, spełniania każdej zachcianki czy braku ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny przez dziecko. Te nieprawidłowości wychowawcze wynikają często z miłości do dziecka i paradoksalnie na dłuższą metę dają odwrotny efekt. Rodzice chcą ułatwić dziecku życie, chcą aby było ono szczęśliwe ale w przyszłości te działania utrudnią mu życie.

Syndrom "Piotrusia Pana" można pokonać, to nie jest sytuacja kompletnie bez wyjścia. Ale niezwykle trudno tego dokonać. Bo to "Piotruś Pan" musi zauważyć, że jego życie nie wygląda tak jak powinno. Ciężko natomiast zauważyć,że nieprawidłowy jest sposób funkcjonowania,który cały czas uznawany był za normę,który wpoili i akceptowali nawet rodzice. Może nie wiedzieć jak z tym walczyć. Ale musi zauważyć problem i chcieć go rozwiązać. W tym procesie dużą rolę odegra pomoc i zrozumienie ze strony partnerki. Ona może stopniowo wprowadzać w życie domu i rodziny, wyznaczać konkretne zadania, chwalić postępy i zaangażowanie. Ale też pilnować przestrzegania zasad i nie ustępować. To takie nadrobienie tego,czego zabrakło w wychowaniu. Tylko wychowanie w dzieciństwie jest naturalne i przymusowe ze strony rodziców. Natomiast chcąc przezwyciężyć syndrom potrzebna jest świadoma i dobrowolna zgoda na to "wychowanie". Jeżeli brakuje chęci i zaangażowania do zmian to wszystkie działania będą sztuczne i nie przyniosą pożądanego efektu. Warto wspomnieć,że jeśli walka z syndromem "Piotrusia Pana" nie udaje się z pomocą samej partnerki to warto skorzystać z pomocy specjalisty. Jednak i w tym przypadku wsparcie bliskiej osoby będzie ważne i potrzebne.

Mieliście okazję spotkać na swojej drodze "Piotrusia Pana"?
A może któryś z Panów nim jest lub podejrzewa,że może nim być?