18.5.18

35. Samotność

35. Samotność


Każdy człowiek ma swoje potrzeby,które świetnie zostały przedstawione na piramidzie Maslowa (TUTAJ). Aby prawidłowo funkcjonować te potrzeby muszą być zaspokajane. Z potrzebami fizjologicznymi możemy poradzić sobie sami - o tlen starać się szczególnie nie musimy,możemy sobie oddychać, jedzenie i picie możemy zdobyć sami, położyć się spać też damy radę sami, nawet potrzeby seksualne można samemu zaspokoić. Ale potem pojawiają się inne potrzeby. Takie, których sami sobie nie zaspokoimy. Potrzebny jest drugi człowiek/ inni ludzie. To dzięki nim możemy czuć się kochani, ważni, ktoś się nami zaopiekuje kiedy trzeba, przez innych możemy być darzeni szacunkiem i uznaniem. Ale w życiu tak bywa,że na jakimś jego etapie coś może uniemożliwić nam zaspokajanie potrzeb, do których potrzebny jest drugi człowiek. Może pojawić się taki stan wbrew ludzkiej naturze, kiedy to człowiek czuje się wykluczony i/lub odizolowany od innych. Nazywany samotnością.

Samotność może dotknąć każdego. Bez względu na wiek, płeć, status społeczny itp. Według badań z każdym rokiem osób samotnych przybywa. Samotność może wynikać z wyboru - jak na przykład w przypadku osób wstępujących do niektórych rodzajów zakonów. Może wynikać z jakiegoś przewinienia, za które człowiek zostaje ukarany odizolowaniem od społeczeństwa i trafia do więzienia. Ale w tych przypadkach to mniej lub bardziej świadome i dobrowolne decyzje - wstępując do zakonu człowiek kieruje się swoimi wartościami, robi to z własnego wyboru. Jeśli ktoś trafia do więzienia również wynika to z jego wyborów i jest konsekwencją tych wyborów. Jednak najczęściej mówiąc o samotności mówimy o sytuacji kiedy dana osoba ani nie zrobiła nic złego ani w żaden inny sposób sama sobie tej samotności nie wybrała. Tak jak w przypadku dziecka porzuconego przez rodziców. Ono nie zrobiło nic złego,nie dokonało samo takiego wyboru ale zostało przez kogoś odrzucone i odtrącone. Ale to odtrącenie może też działać w drugą stronę - rodzic poświęca swoje życie dziecku, wychowuje,dba i troszczy się a kiedy sam potrzebuje opieki czy choćby towarzystwa to okazuje się w życiu dzieci brakuje miejsca na niego. Jeszcze gorzej jeśli taka osoba z racji wieku jest schorowana czy niepełnosprawna. Wówczas jej wyjście do ludzi jest szczególnie utrudnione.

Jednak to nie do końca też tak,że samotność pojawia się tylko tam,gdzie brakuje drugiego człowieka. Można mieć teoretycznie przy sobie kogoś a mimo to czuć się samotnym. Może to nawet gorszy rodzaj samotności.. Bo w takim przypadku człowiek żyje iluzją. Tak się dzieje w związkach, często długoletnich, kiedy do związku wkrada się kryzysy,rutyna, nierozwiązane problemy. Dwoje ludzie żyje razem a jednak tak naprawdę osobno. Często żyją nadzieją,że to tylko etap przejściowy. Jednak poczucie samotności z czasem nie przemija a jedynie się pogłębia.
Można żyć w tłumie ludzie  lecz samemu także z powodu własnych ograniczeń wewnętrznych. I mimo,że to nasze wewnętrzne ograniczenia to jednak nie jest to jednoznaczne ze świadomym wyborem. Człowiek, który nie akceptuje siebie, ma zaniżoną samoocenę izoluje się od innych,bo boi się odrzucenia. Boi się,że inni również nie zaakceptują go tak,jak sam siebie nie akceptuje. Wynika to niejednokrotnie ze wcześniejszych porażek w relacjach z drugim człowiekiem. Ktoś został źle potraktowany, poniżony,odtrącony (nawet bez większego,konkretnego powodu), zamknął się w sobie i czuje,że życie w samotności będzie bezpieczniejsze. Nie lepsze,bo w głębi serca potrzebuje drugiego człowieka,chce tego, ale woli postawić na rozsądek,który podpowiada,że wycofanie się uchroni od kolejnych zawodów i zranień.

Samotność jest trudna i bolesna, potrafi niszczyć człowieka i pod względem fizycznym i psychicznym. Zwłaszcza długotrwała samotność która wiąże się z podwyższonym hormonem stresu - kortyzolem, który z kolei prowadzi do problemów układu krążenia i układu odpornościowego. Dodatkowo samotność wywołuje problemy ze snem i ogólne napięcie oraz rozdrażnienie psychiczne. Ludzie samotni chorują na depresję i inne zaburzenia psychiczne,efektem czego może być nawet popełnienie samobójstwa. Ale samotność nie jest sytuacją bez wyjścia. Z nią można walczyć i wręcz warto walczyć. Jednak ważne by to było dobre i wartościowe wyjście. A takie zazwyczaj wiąże się z dodatkową trudnością, wymaga czasu i samozaparcia. Konkretne działania zależą od konkretnego rodzaju samotności, konkretnej sytuacji danego człowieka, przyczyn jego samotności i możliwości przezwyciężenia jej. Dlatego ciężko o stworzenie uniwersalnego poradnia - jak ją pokonać. Warto jednak zacząć od zadania sobie podstawowych  pytań - czy ja CHCĘ tą samotność pokonać? A jeśli chcę - to czy coś ROBIĘ w tym kierunku by osiągnąć swój cel? Jeśli natomiast chcę ale nic nie robię to DLACZEGO nie robię? Człowiek może się do samotności przyzwyczaić i aby się z nią pożegnać potrzebuje rewolucji w swoim życiu,momentu przełomowego. A jeśli mówimy o działaniach w kierunku pokonywania samotności warto zwrócić uwagę jakie to są działania, czy one bardziej pomagają nam,przybliżają do celu czy szkodzą i oddalają. Samotny człowiek jest szczególnie narażony na pułapki, które sprawiają wrażenie rozwiązania jego problemu. Tak się dzieje w przypadku UZALEŻNIEŃ, kiedy to mają one zagłuszyć ból samotności, zapełnić tą pustkę. Łatwo też wpaść wówczas w sidła SEKT , które oferują wsparcie i zrozumienie, ale niestety to tylko iluzja. To są łatwe rozwiązania, dlatego często wybierane przez ludzi osłabionych samotnością. Ale łatwa droga rzadko prowadzi do rozwiązania problemów. Dlatego lepiej poczekać, zebrać trochę sił i wybrać drogę trudniejszą ale prowadzącą do celu, prowadzącą do realnych zmian w życiu.

Warto pamiętać,że samotność może mieć i dobre strony. Człowiek często nawet jej potrzebuje. Ile to razy długi,samotny spacer pomaga nam poukładać sobie pewne sprawy w głowie, pomóc w zrozumieniu siebie czy nawet odpocząć od innych. Podobnie może działać samotność dłuższa niż na czas spaceru. Jeśli nasze życie ułoży się tak,że pojawi się ona w nim to niekoniecznie musimy zaczynać od walki. Warto ją najpierw poznać a dopiero potem walczyć. Krótkotrwała samotność może człowieka nauczyć czegoś nowego, pomóc w zdobyciu nowych doświadczeń.

Być może w Twoim otoczeniu jest osoba samotna. Dla której poświęcenie choć odrobiny Twojego czasu będzie na wagę złota. Warto zatrzymać się na chwilę w tym naszym biegu przez życie i zauważyć taką osobę. Czasem naprawdę niewiele trzeba by czyjeś życie stało się lepsze. Natomiast jeśli sam/a czujesz się samotny/a i chcesz podzielić się tym, co czujesz, poznać zdanie innych, może nawet wspólnie znaleźć rozwiązanie problemu to zapraszam Cię do grupy na facebooku, która tym właśnie się zajmuje - KLIK!

18.4.18

34. Syndromy podróżnicze.

34. Syndromy podróżnicze.


Za oknem zaczyna świecić słońce, zbliża się okres urlopowy. Wiele osób ma już od dawna zaplanowane wakacje, inni dopiero je planują. Podróże kształcą, rozwijają i są po prostu źródłem przyjemności. Lubimy poznawać nowe miejsca, podziwiać ich urok i zmieniać na jakiś czas swoje miejsce przebywania. Myśląc o podróżach mamy raczej same pozytywne skojarzenia. No chyba,że chodzi o osoby zmagające się z chorobą lokomocyjną. Wówczas dochodzi jakiś dyskomfort. Czy podróże to tylko same pozytywy? Czy podróże mogą szkodzić? Szkodzić oczywiście bardziej niż choroba lokomocyjna ;)

Mogą. Są takie miejsca, gdzie pewna grupa ludzi może otrzymać nieprzyjemną niespodziankę w postaci mniej lub bardziej poważnych objawów. I warto zwrócić uwagę na to,że jest to właśnie niespodzianka. Wyjeżdża sobie osoba X w pewne miejsce, cieszy się,że je wreszcie odwiedzi, przeżyje niezapomniane chwile. A jedyną pamiątką jaką przywozi z (często przyspieszonej) podróży to zaburzenie psychiczne, wymagające pomocy psychiatry. Osoba,będąca często w pełni zdrowa, której przed wyjazdem nawet przez myśl by nie przeszło,że w niedługiej przyszłości będzie musiała odwiedzić psychiatrę. Brzmi to wszystko trochę nierealnie, może jakby było wyolbrzymione. Ale jest realne i każdego roku się dzieje. Gdzie dokładnie?

Oto to te miejsca:

Pierwsze z nich znajduje się całkiem niedaleko - we Francji. I jest nim stolica tego kraju - Paryż. Kojarzony niezwykle miło,bo z miastem z zakochanych. Ileż to pięknych,romantycznych filmów zostało nagranych w tymże mieście.. Po obejrzeniu których sami chcielibyśmy przeżyć tam przygodę swojego życia, przejść się tymi uliczkami, podziwiać piękno architektury. I pewnego dnia człowiek kupuje bilet, pełen ekscytacji dociera na miejsce i... BUM! Przeżywa rozczarowanie. Okazuje się,że nie tego oczekiwał, że nie jest tak pięknie jak w telewizji. Rozczarowanie to akurat najmniejszy problem jaki może nas spotkać w stolicy Francji. Ale narażeni jesteśmy wszyscy, bez względu na to, skąd pochodzimy. A pochodzenie ma tu duże znaczenie. Bo jest jedna narodowość, która szczególnie narażona jest na negatywne działanie Paryża. Są tu japońscy turyści. Oprócz wspomnianego wcześniej rozczarowania w ich przypadku dochodzi także zmiana czasu i poczucie zagubienia w obcym mieście. Efektem działania tych czynników są : zawroty głowy, przyspieszony oddech, kołatanie serca, stany depresyjne a nawet halucynacje. Te wszystkie negatywne objawy i rozczarowania określamy mianem syndromu paryskiego. Rocznie dotyka on w postaci ciężkiej ok. 20 osób, narodowości japońskiej, najczęściej kobiety. Może wydawać się,że 20 osób na rok to naprawdę niewiele. Jednak i taka ilość wystarczyła,żeby ambasada japońska uruchomiła całodobowy numer wsparcia dla swoich turystów.

Idziemy dalej. Ale pozostajemy nadal w Europie. Włochy a konkretnie Florencja. Miasto sztuki i zabytków. Idealne dla wrażliwych miłośników renesansowych dzieł. No może pozornie idealne dla tej grupy ludzi. Bo syndrom florencki (zwany też syndromem Stendhala) dopada właśnie osoby wrażliwe, często z wcześniej zdiagnozowanymi zaburzeniami psychicznymi. To głównie turyści w wieku ok. 25-40 lat, rzadko podróżujący, nieco wycofani. Podróż do Florencji jest dla nich skokiem na głęboką wodę. Taki skok zaliczył w 1817 roku pisarz Stendhal, który podczas swojej podróży odczuwał, że piękno atakuje go z każdego kąta. Doznania były tak silne,że musiał spędzić kilka dni w łóżku z gorączką. A kiedy próbował znowu wyjść na ulice miasta negatywne objawy powracały. Piękno sztuki i jego nadmiar mogą wywołać zaburzenia pracy serca i oddechu, lęki, zagubienie czy nawet psychozy i halucynacje. Takie stany nie są obecnie już zaskoczeniem dla personelu szpitala we Florencji. Każdego roku spotykają się oni z osobami doświadczającymi syndromu florenckiego, są przygotowani i w szczególnie ciężkich przypadkach podają turystom leki przeciwdepresyjne. Graziella Magherini, psychiatra, która nadała nazwę syndromowi, sugerowała nawet by przy dziełach szczególnie negatywnie działających na wrażliwych miłośników sztuki umieszczać kartki - GROŹNE DLA ZDROWIA.
Być może jednak to nie do końca tak,że sztuka sama w sobie może być groźna dla zdrowia. Według specjalistów sztuka może odblokowywać traumatyczne przeżycia,przez lata wyparte i tłumione. Tak więc groźne może być to niespodziewane ich uwolnienie a nie sztuka.
Mniej szkodliwym,lecz również dość zaskakującym jest działanie sztuki w postaci syndromu Rubensa. Objawia się on wywołaniem nagłej i niepohamowanej potrzeby zaspokojenia seksualnego. Potrzeba jest na tyle silna,że według badań ulega jej ok. 20% turystów. W muzeum.

Kolejne miejsce znajduje się poza Europą. Izrael i jego największe miasto, będące jednocześnie stolicą tego państwa - Jerozolima. Miejsce odgrywające ważną rolę dla trzech dużych religii - chrześcijaństwa, judaizmu oraz islamu (a także wielu mniejszych). Turyści z całego świata odwiedzają Jerozolimę w celach religijnych. To właśnie z wiarą związana jest kolejna przypadłość dotykająca odwiedzających stolicę Jerozolimy - syndrom Jerozolimski. Polega on na utożsamianiu się z postaciami biblijnymi. W przypadku chrześcijan najczęściej poczuwają się oni postaciami z Nowego Testamentu. Mężczyźni czują się Jezusem lub jednym z apostołów, kobiety natomiast Matką Boską. Żydzi z kolei poczuwają się postaciami ze Starego Testamentu np. Mojżeszem. Osoby te najpierw odczuwają wewnętrzny niepokój, odłączają się od grupy, zaczynają gorliwie się modlić a nawet wychodzą na ulice nawracać i głosić kazania. Jeden z psychiatrów jerozolimskiej kliniki podaje jako przykład historię niemieckiego turysty. Został on znaleziony przez policję nagi na pustyni. Jak się okazało wyszedł chrzcić ludzi, gdyż czuł się Janem Chrzcicielem. Występowanie syndromu jerozolimskiego jest jeszcze większe niż w przypadku wcześniej przedstawionych - rocznie dotyka on ok. 100 osób w ciężkiej postaci. Szczególnie narażone są osoby z małego miasta,wychowane w religijnej rodzinie, wiek ok 30-40 lat, częściej mężczyźni.
Podróż do Jerozolimy podobnie jak w przypadku Paryża może też wiązać z rozczarowaniem. Realia tego miejsca mogą poważnie odbiegać od ludzkich wyobrażeń. Zamiast modlitewnego klimatu bardziej można odczuć klimat konfliktów na tle religijnym, patrole policji i wojska, hałas i zamieszanie.

Ostatnie z naszych miejsc również położone jest Azji. Jedno z największych państw świata (zajmujące 7 miejsce) oraz najbardziej zaludnionych (miejsce 2).
Indie. Kraj dla wielu niezwykle fascynujący. Pełen piękna przyrodniczego, kulturowego i historycznego. Bogaty w doznania kulinarne i duchowe. Ale to także kraj,gdzie skrajna bieda i żebractwo jest na porządku dziennym, gdzie na ulicach panuje hałas. Hałas zarówno dosłownie w postaci głośnej muzyki jaki hałas wynikający z ruchu drogowego, który jest inny niż w europejskich krajach. W Indiach panuje także harmonia między ludźmi a zwierzętami. I nie są to psy czy koty, do widoku których jesteśmy przyzwyczajeni. A z każdej strony jesteśmy atakowani różnorodnością smaków,zapachów i kolorów. To wszystko może mieć negatywny wpływ na psychikę człowieka, który postanowił odwiedzić Indie. Szczególnie narażone są osoby chorujące na depresję, którym całkowicie odradza się taką podróż. Około 2,5% turystów odwiedzających Indie dotyka ostra psychoza. Natomiast co dziesiąta osoba odczuwa przynajmniej jeden z objawów syndromu indyjskiego takich jak np. - skrajne zmęczenie, bezsenność, załamanie nastroju i problemy z koncentracja, zawroty głowy, niepokój czy lęk itp. Dodatkowo wpływ na psychikę mają także leki przeciw malarii, przyjmowane przed podróżą do Indii.

Na ile poważny jest każdy z przedstawionych syndromów zależy od stopnia w jakim wystąpi. A to już ciężko jest przewidzieć. Bo samo wystąpienie negatywnych objawów jest sporym zaskoczeniem. W niektórych przypadkach wystarczy sam wyjazd z danego miejsca i wszystkie objawy same stopniowo ustępują. Niekiedy jednak sam wyjazd nie wystarcza i w celu pozbycia się zaburzeń konieczna jest wizyta u specjalisty i dłuższa terapia. 





11.3.18

33. Syndrom Piotrusia Pana

33. Syndrom Piotrusia Pana


Stabilny i szczęśliwy związek to ciężka praca. Nie ma na niego uniwersalnego przepisu, bo jak różni są ludzi tak i różne są związki przez nich tworzone. Ale jest kilka fundamentów takiego związku, podstaw, bez których żadne inne działania nie będą skuteczne. Jednym z takich podstawowych czynników budujących poważny związek jest dojrzałość. Sprawa dość oczywista i naturalna. Im człowiek starszy tym jego zdolność do budowania dojrzałego związku jest większa. Inaczej wyglądać będzie związek 15-letniej młodzieży a inaczej 30 - latków. Inne wartości,inne cele, inny etap w życiu. Jednak niekoniecznie dojrzałość musi iść w parze z wiekiem. Doskonałym tego przykładem są liczne posty na forach, gdzie kobiety opisują swoje problemy w związku,których przyczyną jest brak dojrzałości partnera. Brak dojrzałości może oczywiście objawiać się i u mężczyzn i u kobiet. Ale jednak częściej ten problem występuje u panów. Przynajmniej częściej to kobiety o tym mówią, zwłaszcza będąc już na skraju wytrzymania i rozważając rozstanie,bo nie widzą innego rozwiązania.

Schemat w dużej większości przypadków jest taki sam. Kobieta poznaje mężczyznę, coś zaiskrzy, zaczynają tworzyć związek. Na początku jest pięknie i kolorowo, po prostu sielanka. Akurat to jeszcze nic szczególnego, bo zazwyczaj na początku związku jest pięknie, emocje i ich odczuwanie są szczególnie intensywne, wiele spraw idealizujemy. Związek dwojga ludzi rozwija się, biorą ślub, tworzą rodzinę. Zaczyna ubywać przyjemności i wolności a przybywać obowiązków i problemów. Dla dojrzałego człowieka to normalny etap w życiu, który nie jest czymś szczególnie wyjątkowym. Natomiast dla osoby niedojrzałej jest to coś nie do przyjęcia i moment,żeby wycofać się z tej sytuacji. Zaczynają się późniejsze powroty z pracy, częstsze wyjścia z kolegami na piwo i wiele innych "ważniejszych" spraw od rodziny. Na dodatek jeśli jeszcze ta bezradna kobieta za dużo narzeka na tą sytuację to spora szansa, że niedojrzały partner poczuje się nierozumiany i poszuka zrozumienia u innej kobiety. Może jednorazowo, może na dłużej. Ale tylko do czasu aż zacznie robić się poważnie.

Jak to możliwe,że ten idealny facet nagle zaczyna olewać rodzinę i szukać szczęścia poza nią?

Każdy z nas zna bajkę "Piotruś Pan".W skrócie - opowiada ona o chłopcu,który nigdy nie chciał dorosnąć. Ta niechęć do dojrzałości i unikania obowiązków nie jest jednak jedynie fikcją literacką. Amerykański psycholog Dan Kiley stwierdził,że cechy charakteryzujące Piotrusia Pana są dość powszechne. Unikanie dojrzałości nie jest jedynie bajką, to realny problem występujący u mężczyzn. Postawę tą określa się mianem syndromu Piotrusia Pana. To właśnie on jest odpowiedzią na pytanie wcześniej zadane.

"Piotruś Pan" lubi zabawę, miłe chwile, brak zobowiązań. W początkowej fazie związku zaspokajane są jego potrzeby. Kiedy związek rozwija się i wymaga zobowiązań oraz odpowiedzialności to "Piotruś Pan" po prostu jak dziecko buntuje się. I ucieka od obowiązków, które odbierają mu szczęście. Nieważna jest rodzina, nieważne są obowiązki z nią związane, ważna jest dobra zabawa i miło spędzony czas.

Z dojrzałością nikt się nie rodzi, uczymy się jej z czasem. Problem pojawia się w momencie, kiedy to młody chłopak nie ma się jej gdzie nauczyć. Bo pierwszą i najważniejszą szkołą dojrzałości jest dom rodzinny. Jeśli brakuje w nim ojca, który będzie wzorem męskości, odpowiedzialności i dojrzałości to ta nauka jest utrudniona i sytuacja ta zwiększa szansę na ukształtowanie się "Piotrusia Pana". Ta szansa zwiększa się również w przypadku nieprawidłowego wychowania przez rodziców - braku jasnych zasad, spełniania każdej zachcianki czy braku ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny przez dziecko. Te nieprawidłowości wychowawcze wynikają często z miłości do dziecka i paradoksalnie na dłuższą metę dają odwrotny efekt. Rodzice chcą ułatwić dziecku życie, chcą aby było ono szczęśliwe ale w przyszłości te działania utrudnią mu życie.

Syndrom "Piotrusia Pana" można pokonać, to nie jest sytuacja kompletnie bez wyjścia. Ale niezwykle trudno tego dokonać. Bo to "Piotruś Pan" musi zauważyć, że jego życie nie wygląda tak jak powinno. Ciężko natomiast zauważyć,że nieprawidłowy jest sposób funkcjonowania,który cały czas uznawany był za normę,który wpoili i akceptowali nawet rodzice. Może nie wiedzieć jak z tym walczyć. Ale musi zauważyć problem i chcieć go rozwiązać. W tym procesie dużą rolę odegra pomoc i zrozumienie ze strony partnerki. Ona może stopniowo wprowadzać w życie domu i rodziny, wyznaczać konkretne zadania, chwalić postępy i zaangażowanie. Ale też pilnować przestrzegania zasad i nie ustępować. To takie nadrobienie tego,czego zabrakło w wychowaniu. Tylko wychowanie w dzieciństwie jest naturalne i przymusowe ze strony rodziców. Natomiast chcąc przezwyciężyć syndrom potrzebna jest świadoma i dobrowolna zgoda na to "wychowanie". Jeżeli brakuje chęci i zaangażowania do zmian to wszystkie działania będą sztuczne i nie przyniosą pożądanego efektu. Warto wspomnieć,że jeśli walka z syndromem "Piotrusia Pana" nie udaje się z pomocą samej partnerki to warto skorzystać z pomocy specjalisty. Jednak i w tym przypadku wsparcie bliskiej osoby będzie ważne i potrzebne.

Mieliście okazję spotkać na swojej drodze "Piotrusia Pana"?
A może któryś z Panów nim jest lub podejrzewa,że może nim być?



4.2.18

32. Prokrastynacja

32. Prokrastynacja


Stare, każdemu dobrze znane powiedzenie mówi, że coś,co mamy zrobić jutro lepiej zrobić dzisiaj. Ale w życiu tak bywa,że często robimy wręcz odwrotnie. Kiedy nie chce nam się czegoś zrobić odkładamy na potem. Albo zajmujemy się tysiącem innych rzeczy, żeby tylko nie robić tej konkretnej. Jeśli raz na jakiś czas odłożymy coś na później nic złego się (zazwyczaj) nie dzieje. Czasem wręcz to odłożenie ma swoje pozytywne działanie, pozwala nam odpocząć od ogromu obowiązków. Problem pojawia się wtedy, gdy nie panujemy nad naszym "odkładaniem na później". Kiedy może nawet i byśmy chcieli coś zrobić, ale tendencja do zwlekania jest od nas silniejsza.
Ta tendencja nazywa się prokrastynacja. Określana również jako "syndrom studenta", gdyż w dużej mierze to właśnie tej grupy ludzi dotyka, ale oczywiście nie tylko.

Prokrastynacją zainteresowano się pod koniec lat 70-tych ubiegłego wieku. Jednak do dziś nieznana jest konkretna jej przyczyna, w pełni potwierdzona badaniami.
Jedną z podejrzewanych przyczyn prokrastynacji są cechy osobowości. Dotyka ona w dużej mierze osób neurotycznych,skłonnych do lęku przed niepowodzeniem, które z powodu tego lęku opóźniają wykonanie danej czynności. Kolejną cechą,prowadzącą do prokrastynacji , jest perfekcjonizm, przez który odczuwamy niepokój,że nie sprostamy swoim wymaganiom i aby uniknąć rozczarowania, unikamy wykonania czynności.
Jednak badania dotyczące prokrastynacji są niejednoznaczne i nie potwierdzają w pełni,że to właśnie w cechach osobowości leży przyczyna jej występowania.
Najogólniej można stwierdzić,że odwlekamy takie czynności, którą są dla nas nieprzyjemne czy nudne. Inną przyczyną może być również duża ilość niepowodzeń przy wykonywaniu danej czynności. Jeśli próbowaliśmy coś zrobić wiele razy, za każdym razem się nie udawało to w momencie,gdy trzeba będzie to zrobić kolejny raz będziemy starali się to wykonanie opóźnić.

Wg. specjalistów prokrastynację możemy podzielić na dwa rodzaje - AKTYWNĄ i PASYWNĄ.
Aktywna to ta, kiedy celowo i w pełni świadomie opóźniamy wykonanie danej czynności, bo działa to na nas motywująco i pozwala osiągać lepsze efekty, stawianie takich wyzwań rozwija nas. W takim przypadku jednak nie można mówić o problemie. Problem pojawia się w przypadku prokrastynacji pasywnej, kiedy to odwlekanie wynika z lęku, presja działa demotywująco i prowadzi do porażki. Niczego nie zyskujemy jak w przypadku prokrastynacji aktywnej, ale tracimy. Jeśli nie dotrzymamy terminu ponosimy tego mniejsze lub większe konsekwencje.

Prokrastynacja (pasywna) wywołuje obciążenie psychiczne, ale stres z nią związany negatywnie wpływa również na zdrowie fizyczne. Ciągłe napięcie osłabia układ immunologiczny, przez co organizm jest bardziej podatny na infekcje i częściej się choruje.

Ktoś mógłby stwierdzić,że po co tu szukać jakiś przyczyn, wymyślać jakieś dziwne nazwy, określać takie zachowania i tendencje jako problem. Przecież to po prostu lenistwo! To kwestia wyboru i tyle. Jak się komuś nie chce i odwleka to dopiero potem ma problemy. Ale to z własnej winy. Niestety tak to nie działa. Prokrastynacja nie jest wyborem i nie oznacza nic nie robienia. Bo osoby dotknięte prokrastynacją właśnie potrafią zrobić wiele. Na tyle dużo,żeby tylko nie zrobić tej konkretnej czynności,która sprawia im problem.

J.Ferrari określił prokrastynację jako zaburzenie autokontroli. Jednak sama w sobie nie jest ona żadną chorobą opisaną w systemach diagnostycznych. Nie leczy się jej farmakologicznie. Nie oznacza to jednak,że nie możemy uzyskać w tej sprawie specjalistycznej pomocy. Jeśli czujemy dyskomfort, zwlekanie jest dla nas uciążliwe, działa destrukcyjnie na nasze życie i nie potrafimy sobie sami z tym poradzić to warto wówczas odwiedzić psychologa.
Prokrastynacja mimo,że sama w sobie nie jest chorobą to może być jednak objawem innej choroby np. depresji czy zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Wówczas również jest poważne wskazanie do odwiedzenia specjalisty.

Przyjmijmy,że ktoś czuje,że ma problem z prokrastynacją. Nie jest to jednak skrajna jej forma i/lub nie chce od razu korzystać z pomocy specjalisty.

  Co może zrobić sam?

Przede wszystkim może i powinien zacząć planować, rozpisywać rzeczy do wykonania i ustalać sobie konkretny czas ich wykonania, oceniać postępy i zauważać co stanowi dla niego największy problem.

W tym celu może skorzystać np. z metody ALPEN opracowanej przez L.J. Stewarta.


  1. Zapisać zadania - co chciałbym dzisiaj załatwić?
  2. Oszacować długość ich wykonania - ile czasu potrzebuję na każde z tych zadań?
  3. Zaplanować czas buforowania - zaplanować najwyżej 2/3 czasu pracy.
  4. Zdecydować - ustalić priorytety, ewentualnie zmniejszyć ich liczbę lub przenieść je na inny termin.
  5. Sprawdzić - co osiągnąłem? Niewykonane zadania zapisać na następny dzień.


Innym sposobem na radzenie sobie z prokrastynacją jest np. "metoda kanapkowa". Polega ona na wykonywaniu przyjemnych czynności pomiędzy obowiązkami, zgodnie z kolejnością - obowiązek, przyjemność, obowiązek, przyjemność itd.

Zdarza Ci się zwlekać z wykonaniem jakiejś czynności?
Jak często Ci się to zdarza?
Z jaką czynnością najczęściej?

1.1.18

31. "Wojowniczka"

31. "Wojowniczka"

Rozpoczęliśmy nowy rok. Będzie to dla wielu okazja do zmian w swoim życiu. Bo nowy rok to zawsze najpopularniejsza okazja, żeby coś w swoim życiu zmienić. Samo ustalenie postanowień jest najłatwiejszym etapem. Natomiast kiedy przychodzi czas ich realizacji często pojawia się problem i to chyba zna każdy z nas. Zawsze pojawiają się jakieś przeszkody, oczywiście niezależne od nas – przynajmniej tak to często usprawiedliwiamy. W rzeczywistości jednak to sami sobie jesteśmy winni i nasza motywacja lub raczej jej brak. O motywacji i zmianach w nowym roku  pisałem jakiś czas temu i  zachęcam do przypomnienia sobie treści tych postów


AKCJA MOTYWACJAklik!
Kilka słów o tym, czym ona jest oraz co zrobić by w procesie realizacji celu jej nie stracić.

NOWY ROK = LEPSZY ROKklik!
Tu natomiast możecie znaleźć sprawdzone i skuteczne sposoby na to, by nowy rok był rzeczywiście lepszy od poprzedniego.

Dzisiaj natomiast chciałbym przedstawić książkę – autobiografię oraz jej autorkę. Bo często kiedy brakuje nam motywacji i/lub szukamy inspiracji to sięgamy po różnego rodzaju książki – od konkretnych poradników motywacyjnych  po biografie osób, które osiągnęły sukces. Najlepiej kiedy czytamy o kimś podobnym do nas, zwykłym człowieku, który dzięki ciężkiej pracy osiągnął ten sukces. To przywraca nam wiarę, którą możemy tracić po kolejnej porażce w naszej realizacji celu.

Taką osobą, podobną do każdego z nas jest Joanna Jędrzejczyk. Zawodniczka mma, do niedawna mistrzyni, obecnie już znana i popularna. Ale tych sukcesów i popularności nie zdobyła z dniem urodzenia. Na wszystko to zapracowała sama – wolą walki, samozaparciem, niezłomnością. Urodziła się i wychowała w zwykłej rodzinie, jakich wiele. Nie miała w rodzinie nikogo znanego, wpływowego, kto mógł jej coś załatwić, coś ułatwić. Nie było w jej życiu jednego przełomowego momentu kiedy ktoś ją dostrzegł, wypromował i nagle stała się gwiazdą. Sukcesy odnosiła już wcześniej, niemałe. Porażki też się zdarzały. Ale ani porażki jej nie zdemotywowały ani wcześniejsze sukcesy nie sprawiły, że spoczęła na laurach. W ten sposób dostała szansę debiutu w UFC, jako pierwsza polska zawodniczka w tej organizacji. Wykorzystała ją. Jakiś czas później była już mistrzynią UFC w wadze słomkowej. Wielokrotnie broniąc pasa udowodniła, że zasługuje na ten tytuł. W ostatniej  walce niestety przegrała i utraciła tytuł mistrzyni. To pokazuje, że porażki naprawdę zdarzają się nawet najlepszym, nawet osobom, które do tej pory tylko wygrywają. Bo porażka jest wpisana w nasze życie i nigdy nie jesteśmy w stanie się przed nią uchronić. Jednak Joanna nie poddaje się i tym razem, chce odzyskać mistrzostwo. Bo jest wojowniczką. A o sukces trzeba powalczyć

I taki właśnie tytuł ma książka o jej drodze do sukcesu.

„Wojowniczka” jest przykładem przedstawienia drogi do sukcesu bez górnolotnych słów, bez patosu. To autobiografia pisana w sposób przystępny i przyjemny. Możemy odnaleźć w niej dawkę motywacji potrzebnej nie tylko w sporcie. Każdy z nas ma inne cele, inne wartości i marzenia. Ale do realizacji każdego z nich potrzebne są te same środki – cechy, postawy, nastawienie. To ważne zwłaszcza teraz, kiedy ustalamy postanowienia noworoczne, mniejsze i większe cele na ten rok i nie chcemy, żeby na samym planowaniu się skończyło. Rzeczy niemożliwe istnieją. Ale żeby dowiedzieć się czy coś jest możliwe czy niemożliwe do zrobienia najpierw trzeba dać z siebie wszystko i sprawdzić to. Może okazać się, że coś było niemożliwe tylko z założenia.  

Jeżeli potrzebujesz motywacji, szukasz inspiracji, chcesz aby ten rok był rzeczywiście rokiem zmian w Twoim życiu lub po prostu lubisz ciekawe książki to „Wojowniczka” jest obowiązkową pozycja do przeczytania dla Ciebie.



18.11.17

30. Syndrom sztokholmski

30. Syndrom sztokholmski


Kiedy zostajemy skrzywdzeni rodzą się w nas negatywne emocje względem krzywdziciela - złość, żal, nienawiść. Im krzywda większa tym silniejsze i poważniejsze emocje w nas powstają. Jest to stan naturalny i wręcz potrzebny. Z czasem warto postarać się przepracować te emocje ale początkowo występuje one automatycznie. Ciężko nawet pomyśleć by obdarzyć oprawcę sympatią i pozytywnymi emocjami. Wydaje się to nielogiczne, może wręcz nawet niemożliwe. A jednak jest to możliwe!

W sierpniu 1973 roku podczas napadu na Kreditbanken w Sztokholmie napastnicy uwięzili grupę ludzi i przetrzymywali przez kilka dni. Po tych kilku dniach policji udało się zatrzymać sprawców napadu i uwolnić przetrzymywanych. Wówczas mogło się wydawać,że zeznania zakładników będą już tylko formalnością. To przecież logiczne,że będą chcieli pomóc w ukaraniu swoich oprawców. Jednak tak się nie stało, bo owi zakładnicy mimo wyrządzonej krzywdy bronili swoich oprawców i odmawiali składania zeznań. Współpracujący w tej sprawie psycholog i kryminolog Nils Bejerot określił ten pozornie nielogiczny stan psychiczny mianem syndromu sztokholmskiego i pojęcie to funkcjonuje w psychologii do dziś.

Syndrom sztokholmski to najprościej mówiąc pozytywny stosunek ofiary względem oprawcy, odczuwanie względem niego sympatii, zrozumienia czy solidarności. Wiąże się głównie z sytuacjami skrajnymi, których (na szczęście) doświadcza niewielka ilość osób – różnego rodzaju porwania i zniewolenia, tak jak podczas wcześniej wspomnianego napadu w Sztokholmie i wzięciu zakładników. Występowanie syndromu sztokholmskiego możemy również zaobserwować u członków różnego rodzaju sekt (TUTAJ), być może pojawiał się on również u więźniów w obozach pracy podczas II wojny światowej (tylko wówczas jeszcze nienazwany).

Aby mówić o wystąpieniu syndromu sztokholmskiego muszą zostać spełnione cztery warunki :

  • POCZUCIE  ZAGROŻENIA – ofiara czuje, że zagrożone są najważniejsze jej wartości jak życie i zdrowie , wie, że oprawca jest zdolny do wyrządzenia poważnej krzywdy, że to od niego zależy jak będzie wyglądał los oprawcy.

  • BRAK MOŻLIWOŚCI UCIECZKI – realny brak tej możliwości lub subiektywne odczucie ofiary, że takiej możliwości brakuje.
  • IZOLACJA – Przez brak możliwości ucieczki czy uczucie jej braku ofiara staje się bezsilna i osamotniona w walce o wolność.
  • PRZEJAWY DOBROCI - ze strony oprawcy – nie muszą to być wielkie rzeczy, wystarczy choćby sam fakt darowania życia czy nieużycia przemocy. W oczach ofiary to przejawy dużej dobroci ze strony oprawcy, dzięki czemu na skutek dysonansu poznawczego może dostrzec w nim przyjaciela.


Biorąc pod uwagę te cztery warunki możemy dojść do wniosku, że występowanie elementów syndromu sztokholmskiego może pojawić się także w sytuacjach bardziej codziennych. Mobbing, toksyczny związek, przemoc w rodzinie to właśnie te częściej spotykane sytuacje, gdzie ofiara niekoniecznie czuje, że jej życie jest zagrożone. Ale nie widzi możliwości ucieczki, czuje się osamotniona w swojej sytuacji i mocno docenia drobne gesty krzywdziciela. Przez co zamiast starać się zmienić swoją sytuację godzi się na nią i trwa w niej. Często krytykuje się (głównie) kobiety będące w toksycznym związku, że zamiast uciekać od partnera pozostają one w związku i liczą na zmianę, dają kolejne szanse. Uważa się to za przejaw głupoty czy wręcz odpowiedzialności w przypadku, gdzie przez tą relację cierpią i dzieci. Ale to nie jest głupota wynikająca z własnego wyboru. Te osoby nie godzą się na krzywdę bo taki ich wybór, one się na to godzą bo nie widzą innej opcji.

Ciężko jest zmienić myślenie i ogólny stan psychiczny ofiary w takich sytuacjach. Ale nawet w przypadku sytuacji skrajnych, gdzie występuje pełen syndrom sztokholmski ta zmiana jest możliwa. To proces trudny i czasochłonny, wymagający pomocy specjalisty, wsparcia bliskich osób. Polega głównie na oddzieleniu emocjonalnym od oprawcy, na zerwaniu tej relacji, na odzyskaniu prawidłowej oceny rzeczywistości, na odzyskaniu poczucia wolności i niezależności. Tym procesem zajmie się specjalista, ale żeby ofiara mogła do niego trafić pole do popisu mają jej bliscy – rodzina, przyjaciele. Często to od ich postawy zależą dalsze losy osoby skrzywdzonej. Warto wspierać (zarówno przed terapią jak i w trakcie),ale należy pamiętać, że wsparcie i pomoc nie mogą polegać na narzucaniu czegoś czy tym bardziej krytyce i obwinianiu.

Wiedziałeś/aś już wcześniej czym jest syndrom sztokholmski?

Znasz może osobę, która doświadczyła go lub jego elementów?




27.10.17

29. Sztuka przebaczania

29. Sztuka przebaczania


13 maja 1981 roku na placu św. Piotra w Rzymie stało się coś, o czym nikt wcześniej nawet by nie pomyślał. Otóż podczas audiencji generalnej Ali Agca próbował dokonać zamachu na papieża Jana Pawła II. Jego celem było zabicie papieża, co potem sam przyznał. Nie udało mu się to. Jednak postrzał w brzuch i rękę pozostawił ślad na papieskim zdrowiu do końca życia. Poważna krzywda. Z punktu widzenia większości z nas ciężka do wybaczenia. Może nawet ktoś uważa, że niemożliwe by było wybaczenie. Bo jak wybaczyć komuś kto dokonał trwałego uszkodzenia naszego zdrowia i przyznaje, że zrealizował nie w pełni swój cel? Jak się okazuje nawet w takim przypadku wybaczenie było możliwe. Niedługo po zamachu Jan Paweł II za pośrednictwem Radia Watykańskiego powiedział : "Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam".

Podałem jako przykład to wydarzenie, bo ono pokazuje jak wiele można przebaczyć. Przykład dość skrajny. W naszym życiu często doświadczamy mniej poważnych krzywd a jednak niejednokrotnie mamy problem z wybaczaniem. W dużym stopniu wynika to z niezrozumienia na czym to przebaczenie powinno polegać. Często przebaczenie kojarzone jest z zapomnieniem. Wówczas ciężko mówić o takim "przebaczeniu", bo nie da się przecież wymazać z pamięci danej krzywdy. W ten sposób człowiek rezygnuje z procesu przebaczenia, bo nie jest w stanie tego dokonać. Kolejna trudność polega na połączeniu przebaczenia z automatycznym usprawiedliwieniem krzywdy, umniejszeniu jej. No skoro wybaczam to znaczy, że nie było aż tak źle i żyjmy dalej. Przebaczenie nie jest też korzyścią tylko dla krzywdziciela.

Czym więc jest przebaczenie? Czy raczej - czym powinno być?

Przebaczenie jest dobrowolną i świadomą decyzją o rezygnacji z negatywnych emocji względem oprawcy,decyzją o zmianie postawy wobec niego. Nie oznacza ono zapomnienia. Przebaczam ale nadal pamiętam o krzywdzie. Tylko próbuję inaczej na nią patrzeć, bez silnych, negatywnych emocji. Mam prawo na początku je odczuwać, ale podejmując decyzję o przebaczeniu chcę zrobić kolejny krok i postarać się spojrzeć na sprawę inaczej, nie pielęgnować w sobie nienawiści, chęci zemsty i żalu. Przebaczenie nie oznacza darowania kary czy poniesienie konsekwencji przez sprawcę. Człowiek napadnięty i pobity może wybaczyć napastnikowi ale także może złożyć obciążające zeznania i oczekiwać ukarania za ten czyn. Zdradzana żona może wybaczyć mężowi ale mimo wszystko może chcieć rozwodu. Przebaczać warto przede wszystkim dla samych siebie. Bo to głównie dla osoby skrzywdzonej wybaczenie jest ważne i potrzebne.

Utrzymywanie negatywnych emocji wynikających z braku przebaczenia powoduje ich rozwijanie i swego rodzaju wewnętrzne zniewolenie człowieka. Działa to niekorzystnie nie tylko na stan psychiczny ale i na zdrowie fizyczne - np. podwyższone ciśnienie, choroby układu krążenia czy osłabienie układu odpornościowego. Im większa krzywda zostaje wybaczona tym większą ulgę możemy odczuć, odzyskujemy dzięki temu wewnętrzną wolność.

Przebaczenie jest procesem,który zachodzi w człowieku z czasem. Nie można żadnego z etapów przyspieszać, każdy należy cierpliwie przejść. Tylko wówczas proces ten może przebiegać naturalnie i w pełni. Pierwszym i podstawowym etapem jest przyznanie, że zostaliśmy skrzywdzeni oraz pozwolenie sobie na przeżycie negatywnych emocji. Unikanie ich z czasem prawdopodobnie przyniesie odwrotny skutek i one wrócą, ze zwiększoną siłą. Zamiast przyspieszenia w efekcie proces tylko się przedłuży. Kolejnym krokiem, jaki warto zrobić, jest zastanowienie się, co daną osobą kierowało w momencie wyrządzenia nam krzywdy. Często zrozumienie tego powodu, motywacji pomaga w przebaczeniu. Zwłaszcza kiedy pozwolimy sobie przeżyć negatywne emocje, kiedy z perspektywy czasu potrafimy spojrzeć na dany czyn z odrobiną dystansu, nie pod wpływem silnych i świeżych emocji.

Po tych dwóch etapach decyzja o przebaczeniu może zacząć wydawać się możliwa do podjęcia i ona będzie trzecim i ostatnim krokiem. Warto pamiętać,że jeśli mimo wszelkich starań nie uda nam się przebaczyć a krzywda mimo upływu czasu ciągle sprawia ból, warto skorzystać z pomocy specjalisty, psychologa. Być może uraz jest na tyle poważny,że nie damy rady przepracować go sami i potrzebna będzie profesjonalna pomoc kogoś z zewnątrz.

A Ty umiesz przebaczać?