5.3.17

15. Choroba z miłości



Miłość oprócz swej pozytywnej strony,przedstawionej poprzednio (TUTAJ) miała i ma do dzisiaj również tą bardziej negatywną. Bo jeśli jest spełniona i odwzajemniona jest pięknie i magicznie. Problem pojawia się kiedy obiekt naszych uczuć nie może ich odwzajemnić. A nierzadko i tak się zdarza. Każdy kto doświadczył tego wie jak wiele nieprzyjemnych objawów nieodwzajemniona miłość niesie. Nie bez powodu miłość porównywana jest do uzależnienia. Człowiek nieszczęśliwie zakochany bardzo podobny jest do narkomana na głodzie. Miłość to chemia. Jeśli mamy swój miłosny narkotyk (w postaci spełnionej miłości) czujemy się super,mamy moc,możemy góry przenosić. Jeśli jednak poznamy moc miłości a nie zostanie ona odwzajemniona dopada nas głód i cierpimy.

Cierpienie to przez wiele wieków określane było mianem choroby. Wówczas uważało się,że jest to choroba fizyczna. Poważna choroba,gdyż uniemożliwiała choremu normalne funkcjonowanie. Możliwe przyczyny choroby z miłości (lub miłosnej melancholii) zmieniały się z biegiem czasu. Podejrzewano m.in,że to wydzielanie czarnej żółci jest wszystkiemu winne. Innym pomysłem było uznanie macicy jako winnej - w przypadku chorych kobiet. W czasach Hipokratesa bowiem uznawano,że choroba z miłości dotyka najczęściej samotnych kobiet. W tamtym czasie istniała teoria,że macica jest organem,który samoistnie potrafi się przemieszczać wewnątrz organizmu. Zgodnie więc z tą teorią macica samotnej kobiety przemieszczała się w kierunku głowy wywołując przy tym ataki histerii.

Ale,żeby jednoznacznie stwierdzić  chorobę potrzebna była diagnoza lekarska. Kiedy więc podejrzewano u kogoś tą chorobę wzywano lekarza,który przez pewien czas mieszkał w domu chorego i obserwował go. Dokładna obserwacja była podstawowym czynnikiem umożliwiającym postawienie ostatecznej diagnozy. Podczas obserwacji lekarz wykonywał badanie polegające na sprawdzaniu pulsu chorego podczas obecności obiektu westchnień.  Jeżeli tętno przyspieszało w tej sytuacji (lub nawet na samo wspomnienie o tej osobie) traktowano to jako ostateczne potwierdzenie diagnozy.

Jest diagnoza. Jest choroba. To musi być i leczenie. Na histerię (jak i na wiele innych objawów) wywołaną przemieszczeniem macicy stosowało się upuszczanie krwi. W silnych atakach choroby upuszczało się krew aż do niewydolności serca. Ewentualnie można było jeszcze przycinać zewnętrzne narządy płciowe lub przypalać uda kwasem. Mężczyznom natomiast można było przymocować metalowy pierścień do napletka. A jeśli miłosna choroba wywołana była nieodpowiednią wilgotnością mózgu to chory wąchał palące się odchody ukochanej.

I tak do XVIII wieku mniej więcej to wyglądało. Medycyna rozwijała się, lekarze i uczeni zaczęli dostrzegać,że miłość nie jest chorobą somatyczną. Usunięto chorobę miłosną z rejestru chorób i podręczników medycznych. Miłość sama w sobie nie jest chorobą,zwłaszcza tą fizyczną. Ale nie znaczy to,że do choroby prowadzić nie może. Choroby psychicznej. Bo od XX/XXI wieku zaczęto postrzegać możliwe negatywne skutki nieszczęśliwej miłości w sferze psychiki. Zaklasyfikowane w ICD-10 (międzynarodowa klasyfikacja chorób) jako jednostka chorobowa F63.9. Niespełniona miłość to stan apatii emocjonalnej. W wielu objawach podobny do depresji. Schemat działania podobny do uzależnienia. W skrajnych przypadkach nieszczęśliwie zakochany jest w stanie prześladować obiekt westchnień czy nawet zabić. Oczywiście to skrajne i rzadziej występujące przypadki,ale tak może działać na człowieka (nieodwzajemniona) miłość. W najgorszym przypadku również (podobnie jak przy depresji) nieszczęśliwie zakochany człowiek może popełnić samobójstwo. Poważna sprawa. Ale to kolejny przykład tego jak wielką moc ma miłość. Niekoniecznie pozytywną.

Leku na samą nieszczęśliwą miłość jeszcze nie wynaleziono. Ale są prowadzone rozważania etyczno-moralne na temat podawania takiego leku,gdyby udało się go odkryć.  Jednakże medycyna (zwłaszcza psychiatria) nie jest bezradna wobec skutków nieszczęśliwej miłości. Stosuje się np. leki z grupy SSRI - czyli te same co w przypadku np.depresji,środki obniżające popęd seksualny, leki obniżające ciśnienie czy obniżające cholesterol. Jeśli chodzi o farmakologiczne  środki na niespełnioną miłość to obecnie przeprowadzane są badania nad antagonistami hormonów i neuroprzekaźników,które odpowiedzialne są za tworzenie i podtrzymywania więzi. Głównie chodzi o antagonisty oksytocyny, wazopresyny i dopaminy. To one mogłyby być lekiem na "złamane serce".

Każdy człowiek chyba miał w swoim życiu taki epizod nieodwzajemnionej miłości, zwłaszcza w latach młodzieńczych. Problem oczywiście występuje również w życiu dorosłym. Ale bez względu na wiek częściej występuje w formie epizodu niż przez dłuższy okres czy nawet całe życie. Wg. badań z powodu nieodwzajemnionej miłości żyje (samotnie) 13,6% kobiet oraz 7,1% mężczyzn. Mężczyźni niby szybciej się zakochują,częściej spotykają się z ewentualnym odrzuceniem ale jeśli chodzi o większą stałość w uczuciach i wierność wyborowi to jak widać w badaniu kobiety przeważają prawie dwukrotnie. Taki dodatkowy wniosek bym jeszcze wyciągnął z tego.

Chorował ktoś z Was kiedyś z powodu miłości?
 

Znasz jakiś sposób na "złamane serce"?


11 komentarzy:

  1. Z miłości nie chorowałam, jakoś tak zawsze miałam tyle szczęście, ze moje związki kończyły się dość łagodnie.. a może dopóki nie poznałam mojego Pana M. to nie wiedziałam co to miłość? Dziś jestem na takim etapie, że nie wyobrażam sobie życia bez mojej "brzydszej" połowy. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. szczerze mówiąc, rozbawił mnie ten przytoczony pogląd na temat macicy :P

    OdpowiedzUsuń
  3. ja wlasnie choruje z milosci... :(
    i jestem do tego taka masochistka ze zamiast odciac sie od mojego narkotyku i pojsc na odwyk to bawie sie w przyjazn

    OdpowiedzUsuń
  4. lek na nieszczęśliwą miłość... to byłoby piękne! w sumie ciekawe są te statystyki - że aż tyle osób decyduje się na samotne życie ze względu na to, że nie mogą być z tą konkretną osobą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś notorycznie zakochiwałam się bez wzajemności, a teraz wydaje mi niemożliwe kochać kogoś, kto nie kocha i nie szanuje mnie. W sensie, po co zawracać sobie głowę kimś, kto nie widzi i nie docenia naszych zalet?
    Stąd wydaje mi się, że zakochiwanie się bez wzajemności jest związane z niskim poczuciem własnej wartości. Jeśli sami o sobie myślimy dobrze, to dla tej super istoty (siebie) chcemy kogoś, kto potrafi nas docenić :D

    Tak więc sposób na złamane serce to chyba pokochać najpierw siebie.

    OdpowiedzUsuń
  6. niespełniona milość i można chorować. bo gdy uczucie nie jest odwazejmnione to o pogorszenie nastroju nie trudno :) zreszta nawet ta szczesliwa milosc jest trudna...

    OdpowiedzUsuń
  7. O mamo, te przyczyny w starożytności - wszystko przez macicę :D
    Chyba nie ma człowieka, który by z powodu miłości nie chorował. Mi się to zdarzyło raz i porządnie. Mam nadzieję, że nigdy więcej mnie to nie spotka, a przynajmniej nie dotknie w taki sposób. Chyba najlepszym lekarstwem na to jest czas.

    OdpowiedzUsuń
  8. Z przyjemnością przeczytałam historię miłości :) Niektórzy muszą iść na psychoterapię, jeśli cierpienie z miłości jest niemożliwe do ogarnięcia samodzielnie. Każdy ma oczywiście inaczej, a warto też się zastanowić czy mówimy o miłości i zauroczeniu, bo o ile każdy z nas przeżywał zawód w okresie nastolatka (z powodu zauroczenia), to pytanie - ilu z nas przeżyło prawdziwą, nieodwzajemnioną miłość?:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niestety wiem jak to jest, miłość często jest nieodwzajemniona. Byłam zarówno w takiej sytuacji, że nie potrafiłam odwzajemnić uczucia mężczyzny jak i na odwrót, inny nie mógł pokochać mnie. Jednak na szczęście z biegiem czasu uczucia do niego przyszły, niestety ten brak wzajemności trwał bardzo długo. Ale dobrze, że wszystko zakończyło się pomyślnie. Wcale nie dziwię się, że nieszczęśliwa miłość może być "chorobą".

    OdpowiedzUsuń
  10. Poniekąd w jakimś stopniu chorowałam z miłości.

    OdpowiedzUsuń
  11. Śmiałabym nawet zaklasyfikować miłość do narkotyków ciężkich, które są o wiele bardziej niebezpieczne niż lekkie. Odwyk może trwać długo i jest bolesny, ale odcięcie się od czegoś na tyle niszczącego jak narkotyki lub nieszczęście w miłości, może mieć dwojaki skutek - wcale nie trzeba kończyć jak Werter. Taka sytuacja przy dobrych wiatrach sprawia, że człowiek staje się silny i jest zdolny do bycia szczęśliwym w swoim towarzystwie. A to podobno jeden z fundamentów, żeby późniejsze związki były udane.

    OdpowiedzUsuń